InAzia, Warszawa

13382143_1196042227075144_1269016060_n

Kuchnia Dalekiego Wschodu, która zdecydowanie kradnie serce, pieści kubki smakowe i łamie wszelkie (polsko)azjatyckie stereotypy.

Wczoraj, w ramach spóźnionego Dnia Dziecka (każdy powód jest dobry, by świętować!), zostałam zaproszona na kolację do restauracji InAzia w Warszawie. Mam kilka kulinarnych marzeń i odwiedziny tej restauracji były właśnie jednym z nich.

Pokrótce opowiem Ci o tej restauracji. Zauważyłam, że bardzo rzadko, czytając recenzję, wiemy, o czym tak naprawdę opowiada bloger czy krytyk kulinarny. Dla mnie historia i idea przyświecająca restauracji jest bardzo ważna. W końcu wszystko powstaje z pomysłu i to właśnie on odgrywa największą rolę w tworzeniu czegoś od podstaw.


Szefem Kuchni jest Marcin Sasin, który doświadczenie zdobywał w Tajlandii, Chinach, Korei i Singapurze. Pracował m.in. w Hotelach Mandarin Oriental w Bangkoku i Marriott w Szanghaju. Dzięki licznym podróżom do krajów Azjatyckich, opanował ich kulinarną sztukę do perfekcji. Warto wspomnieć również o tym, że w restauracji InAzia każdy z gości może zamienić z nim słowo, ponieważ służy pomocą w wyborze dań.

InAzia znajduje się w hotelu Sheraton w Warszawie. W menu znajdują się dania z Południowo-Wschodniej Azji (Tajlandia, Singapur, Wietnam, Indonezja). Co najważniejsze – specjalnością tej restauracji jest sztuka finiszu dania, która odbywa się przy stoliku. Dodatkowo wszystkie dania łączą w sobie tradycję połączoną z elementami kuchni nowoczesnej i wykonywane są z oryginalnych, azjatyckich składników.


Tym, co bardzo urzekło mnie w tej restauracji, był wystrój. Kompletnie rujnuje on stereotypową wizję restauracji Azjatyckiej. Oczywiście, na plus. Dekoracja wprowadza gości w dość intymną atmosferę, dzięki delikatnemu światłu i przyjemnej muzyce. Mnie to bardzo odpowiadało, bo dzięki temu czułam, że przyszłam celebrować jedzenie, a nie wejść, zjeść i wyjść, ale… lepiej przejdę już do dań, bo rozmarzyłam się na samo wspomnienie wczorajszego wieczora.

In-Azia-15

źródło: restaurantica.pl

Stety i niestety nie udało mi się zrobić rewelacyjnych zdjęć. Stety, bo światło nad stolikiem jest delikatne, co daje super klimat – niestety, bo zdecydowanie jestem fanką dobrych zdjęć dobrego jedzenia, a światło pokrzyżowało mi plany.
Kolację rozpoczęliśmy od tak zwanego „czekadełka”, które dostaliśmy w ramach kolacji. Był to chrupiący, japoński pierożek nadziewany grzybami. Już po pierwszym kęsie wiedziałam, że będzie to bardzo udany wieczór.

13382143_1196042227075144_1269016060_n

Warto również wspomnieć, że obsługa lokalu jest na bardzo wysokim poziomie. Elegancki i bardzo miły kelner od samego początku służył pomocą. Widać było, że ma ogromną wiedzę z zakresu serwowanych dań, co obecnie (niestety) jest rzadkością.

Jako przystawki zamówiliśmy kaczkę ze świeżą kolendrą w rolkach z papieru ryżowego oraz genialny, pikantny tatar z tuńczyka. Trzecią przystawką była grillowana ośmiornica.  I teraz do czegoś Ci się przyznam. Po raz pierwszy w życiu, po spróbowaniu przystawki, miałam szklanki w oczach. Nie żartuję.

NIGDY W ŻYCIU NIE JADŁAM TAK DOBREJ OŚMIORNICY.

Oficjalnie skradła moje serce. Na Amen. Była idealnie doprawiona i przyrządzona. Dosłownie rozpływała się w ustach!

13390861_1196042223741811_936084358_n

Jeśli chodzi o dania główne – zaszaleliśmy. Były to: chrupiąca kaczka z warzywami i sosem śliwkowym, delikatny turbot w sosie z warzywami oraz policzki wołowe w zielonym curry z bakłażanem. Ja, jak większość kobiet w dzisiejszych czasach, staram się dbać o linię i nie jeść mocno kalorycznych rzeczy, ale chrupiąca kaczka była zdecydowanie warta grzechu. Co ciekawe, mój towarzysz, zawsze twierdził, że bardzo nie lubi kaczki. Jakie było jego zdziwienie, gdy spróbował tej i się zachwycił!

13393433_1196042257075141_1675297898_n

13382275_1196042287075138_1407835523_n

13342012_1196042280408472_867145942_n

Mnie do końca nie smakowały policzki wołowe, ale to już kwestia gustu. Choć muszę przyznać, że sos, w którym były podane, był bardzo dobry. Podział więc był prosty – ja jem sos z ryżem, a Marek policzki. Jaki był zadowolony, że cała porcja należy do niego!

Generalnie wszystkie dania główne były przepyszne i ledwo oddychaliśmy z przejedzenia, ale… My nie spróbowalibyśmy deseru?

13342037_1196042290408471_1960873932_n

Jako deser podano nam kokosową terrinę z białą czekoladą i kawiorem z mango, ciastko czekoladowe i coś na wzór galaretki. Wszystko podane było na najwyższym poziomie i był to jeden z najsmaczniejszych i najładniej podanych deserów, jakie próbowałam.

Podsumowując – InAzia zdecydowanie skradła moje serce. Składam pokłony zarówno Szefowi Kuchni, jak i jego kucharzom. Zdecydowanie znają się na tym, co robią i ewidentnie wkładają w to całe serce. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz tam wrócę.


InAzia
ul. Bolesława Prusa 2,
00-493 Warszawa

Dodaj komentarz