Rozmowy od kuchni: Barbara Adamczewska – ikona dziennikarstwa kulinarnego

13342286_1197824136896953_1019368775_n

Autorka prawie 50 książek, pasjonatka historii kulinariów, wybitna dziennikarka. Razem z mężem, Piotrem Adamczewskim, zwiedziła pół świata w poszukiwaniu nowych smaków. Barbara Adamczewska – dla mnie – zdecydowany autorytet pod każdym (!) kulinarnym względem. 

 

Kiedy zaczęła Pani przygodę z gotowaniem i dziennikarstwem kulinarnym?

Był to zupełny przypadek. Przez długi czas pisałam wyłącznie o sprawach społecznych i zaczęło mnie to trochę nużyć. Moja koleżanka tworzyła kulturalno-kulinarne materiały, chciała wziąć zwolnienie na dłuższy czas i spytała, czy bym jej nie zastąpiła. Zgodziłam się.

O czym zaczęła Pani pisać?

Zaczęłam przeprowadzać wywiady z ludźmi, którzy lubią gotować, ale ich życie zawodowe związane jest z czymś zupełnie innym. Byli to m.in. piłkarze, aktorzy, dziennikarze. Po jakimś czasie zaproponowano mi napisanie pierwszej książki. To właśnie od tego momentu kulinaria stały się moim życiem zawodowym.

Historia jak z dobrego filmu! Co najbardziej spodobało się Pani w kulinarnym świecie?

Przez cały ten czas zbierałam wiele doświadczeń zarówno poprzez gotowanie, jak i rozmowy z osobami zajmującymi się kuchnią. W ten sposób poznawałam historię. To najbardziej mnie frapowało. Historia kulinariów to jeszcze niedoceniany fragment kultury. Powtarzam – jeszcze. W końcu z tego składa się nasze codzienne życie, ale też i życie świąteczne. Stół jednoczy ludzi,  pomaga w zawieraniu przyjaźni. Stół jest okolicznością, kiedy ludzie stają się po prostu bardziej chłonni wiedzy. Stół odgrywa olbrzymią rolę w wychowaniu dzieci.

Czyli kulinaria stały się nie tylko Pani życiem zawodowym.

To była taka moja idea, aby uzmysłowić ludziom jedną, bardzo ważną rzecz. Jeżeli rodzina spotyka się przy stole, jedząc obiad czy kolację, to może przekazać dzieciom bardzo wiele umiejętności, nauczyć je odpowiedniego zachowania.

A czy to właśnie kuchnia polska znajduje się w centrum Pani zainteresowań?

Nie tylko kuchnia polska, absolutnie. Interesuję się różnymi kuchniami. Z wykształcenia jestem polonistką. Czytałam bardzo dużo tekstów i w każdym z nich odnajdywałam odniesienie nie tyle do kuchni, ile do kultury stołu. To właśnie mnie zainteresowało i skłoniło do napisania mnóstwa książek.

Czy jest jakaś książka, która zajmuje wyjątkowe miejsce w Pani sercu?

Napisałam zarówno książki krótkie, jak i bardzo obszerne. Jedna z nich – „Kuchnia Polska dawniej i dziś” – jest szczególnym wynikiem mojej lektury. Przeczytałam wszystkie książki, jakie znalazłam w bibliotekach warszawskich.

WSZYSTKIE?!

Tak. Książki kucharskie w Polsce powstały pod koniec XVIII wieku. Prekursorem był  Wojciech Wielądko. Cały XIX wiek był niesłychanie bogaty w książki kulinarne, niestety przetrwała z nich mniej więcej połowa. I ja je WSZYSTKIE przewertowałam. Z wielką przyjemnością wybrałam potrawy, które chciałabym, żeby zostały nie tylko w mojej kuchni, lecz również w repertuarze moich czytelników. I właśnie w książce pt. „Kuchnia Polska dawniej i dziś” przedstawiłam przepisy, które są dostosowane do naszych możliwości. Dawniej receptury tworzone były dla dużej liczby osób, więc musiałam je przystosować dla mniejszego grona i nieco je odchudzić, ale tylko nieco. Kuchnia nie może być całkiem chuda, pewne składniki po prostu muszą w niej pozostać.

Czy miała Pani osobę lub osoby, które Panią szczególnie inspirowały?

Tak. Wyszłam dość wcześnie za mąż, więc moje życie domowe kształtowały trzy kobiety: moja mama oraz babcia i mama mojego męża. Przygotowywały potrawy pamiętające przedwojenne smaki. Zwłaszcza babcia była taką niezwykle inspirującą osobą. Pochodziła z Ukrainy, więc w swoim repertuarze miała zarówno smaki wschodnie, jak i polskie, ponieważ wyszła za mąż za Warszawiaka i osiedliła się w stolicy. Moja mama pochodziła z wielkopolski, więc miałam tradycje wielkopolsko-warszawsko-ukraińskie i to, moim zdaniem, była dobra mieszanka.

Pani zapewne także jest inspiracją dla swojej córki.

Nie miałam czasu nauczyć swojej córki gotowania, więc wspólnie ze swoją przyjaciółką, która również nie miała czasu dla jej pociechy, napisałyśmy książkę pt.”W kuchni babci i wnuczki”. Zawiera ona wszystkie nasze przepisy – jej, Beaty Mellerowej i przepisy z mojego domu, w którym wychowywała się moja córka. I proszę sobie wyobrazić, że spełniły się nasze marzenia. Nasze córki, zarówno Kasia, jak i moja Agata, z tej książki korzystają.

Podróżowała Pani kulinarnie po wielu krajach, czy którąś wspomina Pani szczególnie wyjątkowo?

Razem z mężem kulinarnie podróżowaliśmy minimum dwa razy do roku. Najbardziej pokochaliśmy kuchnię włoską, co było dla mnie zaskoczeniem, bo na początku fascynowała mnie kuchnia francuska. Wydawała mi się najbardziej wytworna, luksusowa i chwytająca za serce. Natomiast włoska jest kuchnią prościutką, łatwą do zrobienia, ale też łatwą do zepsucia. To taka maestria przyrządzania, szczerze mówiąc. Niech Pani spojrzy na niemalże każdą włoską potrawę. Składa się zaledwie z kilku składników, a efekt  jest znakomity. I właściwie nigdy we Włoszech nie spotkaliśmy się z niesmacznym daniem.

Czy jest coś, co negatywnie zaskoczyło Panią w trakcie podróży?

W Berlinie, w takiej sławnej, niemieckiej restauracji, podano mi pasztetówkę na ciepło z kapustą. Powiedziałam sobie, że to jest zdecydowanie za dużo na moją wytrzymałość. Druga rzecz to jak w Anglii, we włoskiej restauracji, podano mi niesmaczne jedzenie. Spytaliśmy po włosku kelnera, dlaczego jedzenie tak smakuje, a on odpowiedział: „trzeba było powiedzieć, że nie jesteście Anglikami, to byśmy przyrządzili to inaczej. Na co dzień dostosowujemy się do smaku Anglików”. Z kolei trzecie zaskoczenie kulinarne było na Machu Picchu. Podano nam upieczoną świnkę morską z… ząbkami. Było to pełne i, szczerze mówiąc, straszne zaskoczenie. Oczywiście domyśla się Pani, że świnki morskiej nie zjadłam.

Współczuję! Zmieńmy temat na nieco przyjemniejszy. W swoich książkach koncentrowała się Pani głównie na kuchni domowej, tradycyjnej. Czy w codziennym życiu znajduje Pani miejsce na nowoczesną sztukę kulinarną?

Nie. Uważam, że najnowocześniejsza jest właśnie tradycyjna kuchnia, bo zawiera w sobie wiele wspaniałych elementów. Poza tym jestem kolekcjonerką starych książek kucharskich. Posiadam wydania z okresu międzywojennego, gdzie jest już dosyć nowoczesna kuchnia, a jednocześnie te smaki są przepyszne. Moim zdaniem, zrobienie takiego dania jest znacznie bardziej wartościowe niż próbowanie czegoś innego. Jeszcze nouvel cuisine jest ogniwem przejściowym. Właściwie bardziej polega na prezentacji dania niż gotowaniu, ale już kuchnia molekularna jest dla mnie absolutnie niestrawna. Uważam to za zabawę, która nie powinna mieć długiego bytu.

A czy jest coś takiego, czego Pani by nigdy nie zjadła? 

Żywe ostrygi, bo zapiekane jadłam. Nie bardzo lubię tatar na surowo, ale jak jest sytuacja towarzyska, że nie mogę sobie pozwolić na odmowę, to zjadam. Również nie zjadłabym takiego stuletniego jajka chińskiego. Przez gardło nie przeszłaby mi też specjalność azjatycka, czyli jajko z zarodkiem w środku.

Czy ma Pani swoje ulubione danie?

Tak. Risotto z gruszką i gorgonzolą, które robił mój mąż i cała nasza rodzina marzy, żebym ja też umiała to zrobić. Wie Pani, jeszcze nie zabrałam się za to, by się tego nauczyć. Jest to mimo wszystko prościutkie danie, składa się zaledwie z kilku składników – gorgonzola, gruszka, ryż, wino i masło. Tylko 5 składników, a dla mnie jest po prostu najlepsza rzecz, jaką jadłam.

Czy ma Pani przepis  na kulinarny sukces?

Staram się gotować ze starannością, żeby wszystko było pyszne. Nie muszą być od razu przepiórki w płatkach róż, nie, to mogą być pierożki czy naleśniki, ale zrobione z pewną finezją.

Wracając do dziennikarstwa. Pracowała Pani w magazynach kobiecych. Co wspomina Pani najlepiej, jeśli chodzi o dziennikarstwo?

Wie Pani, możliwość poznawania nowych ludzi  i nowych problemów. Dziennikarz nigdy nie przestaje się uczyć, bo rozmawiając z ludźmi, nabywa nową wiedzę. Są tacy dziennikarze, którzy narzucają swoją wiedzę innym, ale nie jest to dobre dziennikarstwo. Ludzi trzeba słuchać. To zdanie potwierdzają wszyscy dobrzy i znani dziennikarze.  Ja bardzo lubiłam słuchać ludzi, którzy mieli ciekawe hobby. Nie wiem czy te artykuły były dla czytelników ciekawe, ale nasze rozmowy były fascynujące (śmiech).

Co według Pani jest Pani największym osiągnięciem?

Napisanie prawie 50 książek. Książki małe i duże, które rozeszły się w ogromnym nakładzie.  Jedna z nich rozeszła się w nakładzie 650 tysięcy egzemplarzy. Nazywała się „Gotuj z głową”. Była to książka proponująca gotowanie obiadów w pół godziny. W pół godziny można było skonstruować trzy daniowy obiad. Na prawdę. I to był  mój taki największy, osobisty sukces, bo wiem, że właśnie ta książka przydała się wielu osobom. Jeszcze lubię książkę pisaną wspólnie z Beatą Mellerową, czyli „W kuchni babci i wnuczki”. Uważam, że to jest książka, z której można nauczyć się gotowania. Zawsze dużą uwagę przywiązywałam do precyzyjnego przedstawienia logistyki. Nie koniecznie proporcji, bo to zależy od smaku, aczkolwiek podawałam pewne proporcje możliwie jak najdokładniej. Kolejność prac jest niesłychanie ważna, żeby nie nabałaganić w kuchni i nie zrobić jakiegoś pandemonium, a później z tego wyjdzie jakaś mała potrawa, nie do końca dosmaczona.

Patrząc współcześnie, ma Pani jakieś marzenie dotyczące przyszłości gastronomii w Polsce?

Tak, żeby rodziny z dziećmi bez problemu mogły pójść do restauracji na obiad. Chciałabym, żeby ceny były bardziej przystosowane do portfeli i nie trzeba było się starać o pożyczkę krótkoterminową, aby dobrze zjeść.

Jaką radę dałaby Pani osobom, które chcą związać swoją przyszłość z gastronomią, tudzież dziennikarstwem kulinarnym?

Wydaje mi się, że trzeba po prostu to polubić i mieć pewność, że działa się w sferze kultury. Na prawdę. To dodaje, moim zdaniem, pewnego polotu. To nie jest wyłącznie stanie przy garach. Trzeba myśleć. Ostatnio we Włoszech spotkałam pewnego mężczyznę, który pochodzi z Białegostoku. Obecnie pracuje w luksusowej restauracji w Monforte. Mieszkając w Polsce, pracował jako nauczyciel w szkole gastronomicznej. Będąc w kraju, wymyślił, że wyjedzie do Włoch, bo bardzo lubił gotować. I zrealizował to marzenie. We Włoszech chodzi po polach, zbiera różne jadalne rośliny. Zbiera fiołki, róże, pokrzywy i robi ravioli z pokrzywą. I on ma świadomość, że jest człowiekiem kultury. Bo jest, dlaczego nie. To jest właśnie kultura – porządne jedzenie. Nie wierzę, że wielkim filozofem może być człowiek, który najada się bułą albo chlebem na rozłożonej gazecie. Nie – jedzenie jest sferą kultury. Zarówno to, co mamy na talerzu, jak i talerz, nakrycie, otoczenie – cały stół.

FullSizeRender 2

4 Comment

  1. Wielbicielka says: Odpowiedz

    Bardzo dobry wywiad! Szkoda,że taki krótki 🙁

    1. Obiecuję, że następnym razem będzie dłuższy! 🙂

  2. Artur says: Odpowiedz

    Gratuluję profesjonalizmu Pani Magdo!
    W końcu doczekaliśmy się prawdziwego bloga kulinarnego na poziomie!
    Czekam na kolejne wywiady i rewelacyjne przepisy.
    Pozdrawiam

    1. Dziękuję bardzo! 🙂

Dodaj komentarz