Rozmowy od kuchni: Joanna Woyda i Łukasz Kozyra, czyli Miód Malina Studio

15902516_10209557513909615_347875412_o

On – fotograf, ona – stylistka. Łukasz Kozyra i Joanna Woyda, czyli małżeństwo prowadzące Miód Malina Studio. Współpracują z największymi markami takimi jak: Jacobs, McDonalds, Danone, Lurpak czy Biedronka. Ich zdjęcia jedzenia słyną z dobrego gustu oraz powodują, że oglądający od razu robią się głodni.

Jak zaczęła się Wasza przygoda z fotografią?

J: Moja rozpoczęła się jeszcze na studiach. Jestem z rodziny architektów i siłą rzeczy od zawsze interesowały mnie te tematy, lubiłam odwiedzać różne domy i do dziś zaglądam ludziom w okna! Pierwsze moje sesje to właśnie sesje wnętrzarskie. Na początku pracowałam z innymi fotografami, chociażby z Michałem Skorupskim, Michałem Mutorem czy Arkiem Ścichockim. Dobrze wspominam ten czas, a im wiele zawdzięczam. Łukasz wtedy nie zajmował się fotografią, jednak im dłużej obserwował moją pracę…

Ł: Pracowałem wtedy w agencji reklamowej, potem w drukarni wielkoformatowej. Projektowałem strony www do których nieustannie potrzebowaliśmy zdjęć. Zdjęcia ze stock’ów były drogie, słabe, często nie było w czym wybierać. Zaczęliśmy sami kombinować z fotografowaniem, sami się tego uczyć. Praca Aśki była dobrą szkołą, to tam pierwszy raz zobaczyłem jak to się je. Później już razem przez 10 lat fotografowaliśmy wnętrza.

Skąd pomysł na fotografowanie jedzenia?

J.: Moja pierwsza typowo kulinarna sesja wynikła zupełnie przypadkowo. Współpracowałam wtedy z Agorą. Zachorowała moja koleżanka, która robiła sesje kulinarne dla miesięcznika „Dziecko” i wrzucili mnie na jej zastępstwo. Pamiętam, że gotowałam zupki dla dzieci nie mając pojęcia ani o dzieciach, ani o gotowaniu.

Ł: I to jest przestroga: W pracy nie wolno chorować (śmiech).

J: I wtedy okazało się, że aby zrobić coś, co dobrze wygląda, wcale nie trzeba jakoś dobrze gotować.

Ł.: Kiedy założyliśmy rodzinę i urodziły nam się dzieci zdecydowaliśmy się zrezygnować z wnętrz, bo wiązało się to z częstymi podróżami. Zaczęliśmy szukać czegoś, co można fotografować stacjonarnie, w studiu. Czegoś co się nie rusza, nie narzeka, nie ucieka z planu…

J.: Jedzenie okazało się idealne. Zaczęliśmy się tym zajmować bardziej z miłości do martwej natury niż z miłości do jedzenia i gotowania.

Skończyłaś malarstwo, prawda?

J: Tak, na ASP w Warszawie.

Łukasz, a Ty skończyłeś fotografię czy inny kierunek?

J: Czego on nie kończył (śmiech).

Ł: Ostatnia była Produkcja Mediów Cyfrowych w łódzkiej „Filmówce”.

J: Wcześniej skończyłeś Akademię Fotografii, Warszawską Szkolę Reklamy, Wyższą Szkołę Promocji. Dużo było tych epizodów.

Ł: Szedłem tropem tego, co mnie interesuje, a nie tego, co wypada. Interesowała mnie grafika, media, fotografia. Szukałem dla siebie miejsca w tych dziedzinach. W pierwszej pracy spędziłem wiele godzin przy projektowaniu graficznym, zdobyta tam wiedza jest mi teraz bardzo przydatna. W drugiej pracy – drukarni wielkoformatowej Lamart – nauczyłem się dużo o druku i kolorze, poznałem świetnych przyjaciół. Jednak potrzebowałem ruszyć się już sprzed komputera.

Czy to, że jesteście małżeństwem ułatwia Wam pracę?

J: Mamy podobne poczucie estetyki i bardzo dobrze się rozumiemy. Jedyną trudnością jest ilość godzin spędzanych razem.

Łukasz, a jak wygląda to z Twojej strony?

J: Możesz mówić, ja nie słucham (śmiech).

Ł: Jesteśmy razem ponad 20 lat, trudno, żebyśmy się nie dogadywali. Jestem jej totalnie pewien i wiem, że bez niej miałbym o wiele mniej w życiu.

J: Głośniej! Powiedz to jeszcze raz! (śmiech)

Jak zaczęliście pracę nad studiem?

J: Przez parę lat mieliśmy studio-siedzibę w starych halach PZO na Pradze. Kiedy rozpoczęli tam budowę loftów musieliśmy zmienić lokalizację. Studio to nasz drugi dom, dlatego szukaliśmy czegoś bliżej miejsca zamieszkania. Udało nam się w sercu Starego Żoliborza znaleźć fajną suterenę, która jednak z czasem zaczęła być za mała.

Ł.: W studiu na Spokojnej w Warszawie znaleźliśmy się dzięki naszemu producentowi Andrzejowi Wyszyńskiemu, który zorganizował tu sesję. W trakcie tej sesji dowiedzieliśmy się, że najemcy złożyli wymówienie i lokal jest do wzięcia. Dwa dni później był już nasz.

J.: Zrobiliśmy tu niezłą demolkę, studio wcześniej wyglądało jak wiele innych. Nam najbardziej zależało na dwóch rzeczach: na dużej, dobrze wyposażonej kuchni i domowej atmosferze. W jednym miejscu zgromadziliśmy 3 lodówki, zamrażarkę, blendery, krajalnice, kuchnie gazowe i indukcyjne, roboty kuchenne, kilkadziesiąt garnków, patelni, noży. Nigdzie tego nie trzeba wozić i nie ma obawy, że czegoś zabraknie. Wcześniej czułam, że zasadniczo pracuję jako tragarz. Teraz mam wszystko u siebie na miejscu. Miłe uczucie.

Ł: I w końcu mamy gdzie pomieścić wszystkie propsy, tak na prawdę mają tu swój osobny pokój. 10 lat zbieractwa zrobiło swoje! Rok później wynajęliśmy też drugie studio, za ścianą. To chyba dowód na to, że panuje u nas dobra atmosfera i mamy bardzo dobrą kawę. No i ludzie (śmiech).

Skąd nazwa „Miód Malina Studio”?

Ł: Ja ją wymyśliłem! Chciałem, żeby to było coś polskiego, a że wiedziałem, że będę robił świetne zdjęcia (śmiech) to nazwałem studio Miód Malina!

Czy jest jakaś sesja, którą wspominacie najlepiej?

Ł: Chyba dla Jacobs’a. W końcu to była cała strona internetowa i ponad 200 zdjęć, które mogliśmy zrobić tak, jak nam się marzy. Naprawdę wyjątkowe zlecenie i świetna Marta Palka.

J: Również bardzo dobrze wspominamy Lurpak. To był nasz pierwszy, naprawdę duży klient. Zrobiliśmy z nimi dwie książki, pracujemy razem do dziś.

Ł: Zrobienie książki to niesamowity bagaż doświadczeń i ogromny materiał do portfolio. Coś o czym cały czas się marzy…

Przejdźmy więc do najgorszej sesji zdjęciowej, jaką pamiętacie (śmiech).

J: (śmiech). Środek zimy. Totalna ilość różnych gatunków ryb, wielka sterta lodu prawdziwego i sztucznego, budowanie styropianowych schodów… Po ładnych paru godzinach dostaliśmy informację od klienta, że zmienił koncepcję i brief nie jest już aktualny, ale nowy pomysł jeszcze nie powstał. Był już wieczór i nie mieliśmy tego nawet gdzie przechować…

Ł: Nasz producent przetrzymywał te ryby u znajomych na działkach (śmiech).

J: Ostatecznie sesja z rybami trwała trzy dni. Na koniec usłyszeliśmy od Andrzeja: „Potrzebne są takie sesje, żeby zawsze wiedzieć, że może być gorzej”. I coś w tym jest. Te słowa rzeczywiście mają sens.

Asia, jakie cechy powinien mieć dobry stylista jedzenia? Mowa oczywiście o fotografii kulinarnej, a nie stylizacji potraw do filmu.

J: Wyobraźnia, wyczucie estetyczne i sprawność manualna. To takie najważniejsze.

Ł: No i świadomość kadru.

J: To mieści się w wyczuciu estetycznym. Łukasz nie może wytrzymać, jak są pytania tylko do mnie (śmiech).

(śmiech) A jakie według Ciebie są wady i zalety Twojej pracy?

J: Zalety… Możliwość takiego „wyżycia artystycznego”, poczucie, że robi się coś konkretnego, czego efekty widać od razu. Nie mogłabym pracować w pracy, gdzie nie widać końca tego, co się robi. I samo decydowanie jest fajne. Jesteś panem tego, co powstanie. A wady? Podjadanie (śmiech). Poza tym? Nie wiem.

Co poleciłabyś osobom, które chciałyby zająć się stylizacją jedzenia do sesji zdjęciowych?

J: Niech się biorą do roboty (śmiech). Uważam, że najlepszą metodą nauczenia się tego, co chce się robić, jest patrzenie, jak robią to inni. W ten sposób nauczyłam się prawie wszystkiego. Wiele godzin przesiedziałam na sesjach zdjęciowych patrząc innym na ręce. Ważna też jest pokora – zawsze znajdziemy kogoś, kto wie lepiej od nas. Zamiast się buntować, uczmy się od niego. Paradoksalnie dobrze też jest być pewnym tego, co się robi, tylko wtedy można robić rzeczy odważne i dobre. Mam też niestety wrażenie, że nie jest to praca dla każdego. Wyobraźni i wyczucia estetycznego nie można się nauczyć. Albo się to ma, albo nie.

Łukasz, a plusy i minusy Twojej pracy?

Ł: Plusem jest to, że robię to, co kocham. Jest to genialna zabawa. Kupuję różne zabawki i gadżety, które uwielbiam (śmiech). A wady? Czasami sesje są bardzo długie i trzeba rano przychodzić do pracy (śmiech). Czy poza tym są jakieś wady? Jak fotografowałem wnętrza to byłem tragarzem z funkcją fotografowania. Teraz jestem po prostu fotografem z funkcją tragarza, bo wśród propsów mamy dużo ciężkich rzeczy i trzeba to dźwigać. To jest jakąś tam wadą. Przy pracy z agencją i dużym klientem jest też trochę stresu. Ja nie widzę wielu wad. Aśka, są wady?

J: Są wady, ale nie ma ich wiele. Myślę, że to, że pracujemy razem, czasami jest minusem. Nie żyjemy jak większość standardowych małżeństw, że jak jedno musi zostać dłużej w pracy, to drugie zajmie się dziećmi i domem. To jest czasami problematyczne. Ważna w tym wszystkim jest logistyka.

Właśnie chciałam Was spytać, jak godzicie życie prywatne z życiem zawodowym, bo to nie lada wyczyn. Staracie się nie pracować w weekendy, prawda?

J: Tak, staramy się mieć wolne weekendy. Z założenia jest to czas dla rodziny. Nasze córki, jak były małe, jeszcze przed etapem przedszkola, to trochę wychowywały się na planach zdjęciowych. Nigdy nie mieliśmy poczucia, że jest to dla nich złe, zależało nam, aby były z nami. Czasami stajemy na głowie, żeby to wszystko pogodzić. W trakcie dnia znajdujemy czas, żeby zawieźć dzieci na balet, basen i inne zajęcia – trzeba tylko właściwie wykorzystać przerwę obiadową na planie!

Ł: Mamy też Justynę i Szymona, więc dzięki nim też to wszystko super się trzyma. Bez nich byłoby ciężko.

Macie jakieś marzenie zawodowe?

J: Jeśli będzie szło tak, jak idzie do tej pory, to dla mnie nic więcej nie potrzeba. No może tylko jedno. Chciałabym tylko zrobić dobrą książkę.

Ł: No, to jest chyba największe marzenie zawodowe. Taką dużą, grubą, fajną książkę.

A pamiętacie największą wtopę, jaką mieliście?

Ł: Nie mieliśmy wtop. Jesteśmy bardzo rzetelni i staramy się robić wszystko profesjonalnie. Nie podejmujemy się rzeczy, których nie umiemy robić. A jak podejmujemy się czegoś, co jest trudne do wykonania, to ćwiczymy tak długo, aż dojdziemy do perfekcji.

A czy jest jakaś marka lub osoba, z którą bardzo chcielibyście współpracować?

Ł: Donna Hay. Kiedyś marzyłem o McDonald’sie i w końcu zrobiłem dla nich zdjęcia. Marzenia się spełniają.

J: Tak, do Donny do Australii by się pojechało… Jesteśmy jej wielkimi fanami. Raczej nie patrzę na projekty pod kątem marek. Czasami można zrobić coś fajnego na przykład dla gazety, a nie wielkiej marki. W trakcie pracy nigdy nie myślę o tym, dla kogo to robimy. Po prostu staramy się pracować jak najlepiej, niezależnie od tego, czy jest to agencja, marka, osoba czy gazeta.

Nie raz widziałam Wasze zdjęcia w gazetach i za każdym razem byłam pod ogromnym wrażeniem!

J: Współpracujemy z „Moim gotowaniem” i „Kuchnią”. Z „Kuchnią” zaczynaliśmy lata temu, jeszcze kiedy na stałe współpracowałam z Agorą. Później były roszady personalne i jakoś bardziej związaliśmy się z „Moim gotowaniem”. Wydaje mi się, że przy pracy z tym magazynem najwięcej się nauczyliśmy. Bardzo dużo im zawdzięczamy. Gazety dają Ci to, czego nie daje Ci reklama, czyli wolną rękę.

Ł: Dają nam przepisy i mówią, żebyśmy zrobili wymarzoną sesję. Wtedy przeglądamy nasze książki kulinarne, a mamy ich ponad dwieście, szukamy inspiracji, gadamy. I to jest super.

Czy Waszym zdaniem jest jakiś klucz do sukcesu? Co trzeba zrobić, żeby odnieść sukces?

J: Trzeba mieć ogromne szczęście, tak jak Łukasz i być pracowitym tak, jak ja (śmiech). Łukasz, jakie jest Twoje zdanie na ten temat?

Ł: Praca, praca, praca. I jeszcze raz praca.

15902516_10209557513909615_347875412_o


Miód Malina Studio

ul. Spokojna 7/3, Warszawa

www.miodmalina.com

2 Comment

  1. JustaX says: Odpowiedz

    Dobry kontent, dodalam twoja blog do ulubionych 🙂

    1. Dziękuję. Cieszę się 🙂

Dodaj komentarz