Rozmowy od kuchni: Robert Makłowicz – dziennikarz kulinarny

r.maklowicz_autorka_agnieszka_maklowicz

Robert Makłowicz, czyli ikona polskiego dziennikarstwa kulinarnego. Znany z autorskich programów w telewizji, autor wielu książek dotyczących kulinariów i autorytet w branży. Jak zaczął przygodę z dziennikarstwem kulinarnym? Dlaczego koncentruje się na regionalizmach? Jakie są wady i zalety pracy dziennikarza kulinarnego? 

Skąd pasja do dziennikarstwa kulinarnego?

W latach osiemdziesiątych udało mi się wyjechać za granicę jako student. Pieniędzy nie inwestowałem w kupno samochodu czy kawalerki, tylko wszystko przejadałem. W Paryżu pomyślałem: „Czy kiedykolwiek jeszcze będę miał okazję tu być? Czego należy spróbować w Paryżu? Wino, ostrygi i szampana” – pieniądze wydałem właśnie na te rzeczy. W Anglii mieszkałem przez rok, ale nie stołowałem się w kantynach robotniczych, tylko szedłem do Hindusa, Nepalczyka czy Taja. Jak upadła komuna, okazało się, że jestem jedną z nielicznych osób w Krakowie, które wiedzą, jaka jest różnica między Curry Vindaloo a Tikka Masala. Zacząłem pisać, gazeta to przyjęła i tak to się zaczęło.

Skąd pomysł na taką formę programu?

Pierwsze na świecie tego typu programy robił niejaki Keith Floyd w BBC. On pierwszy zaczął jeździć po świecie i pokazywać dania w naturalnych dekoracjach, czyli nie w kuchni, a na plaży, czy w górach. Kiedy pojawiła się możliwość robienia tego w Polsce, to powiedziałem: „Mogę to robić, ale w taki sam sposób”.

Był Pan przygotowany do gotowania w telewizji?

Nie jestem szefem kuchni. Z wykształcenia jestem historykiem, więc dla mnie to kulturowe tło jest niezwykle istotne. Niektórzy oglądają moje programy wyłącznie z powodów kulinarnych, ale są też tacy, którzy w ogóle nie zwracają na nie uwagi. Dla nich ważniejsze jest właśnie tło kulturowo-historyczne. Nie da się zrozumieć kuchni bez kultury, tradycji ziemi i dlatego właśnie tak to powinno być robione.

Koncentruje się Pan na regionalizmach. Skąd takie zamiłowanie?

Wie Pani, potocznie mówimy „kuchnia polska”, „kuchnia francuska” czy „kuchnia niemiecka”, a tak naprawdę są to skróty myślowe. Nie ma czegoś takiego jak „kuchnia francuska”. Prowansja to oliwki, zioła, ryby, a północ Francji – kiszona kapusta, ziemniaki i piwo. To kompletnie co innego. Z kolei Niemcy różnią się nie tylko klimatem, ale również religią. Jest część protestancka i część katolicka. Istnieją tam także inne tradycje kulinarne. A Polska? Na Kaszubach jedzą to samo co Górale Podhalańscy? Nie! Dlatego istotą każdej kuchni są regionalizmy.

Jakie są dobre i złe strony Pana pracy?

Dobre strony są takie, że robię to, co kocham. Cały czas traktuję to bardziej jako hobby niż zawód. A złe strony? Jedzenie i picie w nadmiarze męczy… (śmiech)

Dużo Pan podróżuje. Czy ma Pan jakieś ulubione miejsce na Ziemi?

Dalmacja, dlatego kupiłem tam dom.

Dlaczego akurat Dalmacja?

To jedno z najpiękniejszych miejsc na ziemi i jedno z najmniej zniszczonych miejsc w szeroko pojętym basenie Morza Śródziemnego. Nie jest zaorane przez masową turystykę. Jest naprawdę piękne. Góry i morze na raz. Czy może być coś piękniejszego?

A czy jest jakaś podróż, która zapadła Panu najbardziej w pamięć?

Każda podróż zapada mi w pamięć. Najprzyjemniej jest odkrywać fantastyczne rzeczy w miejscach nieoczywistych. Łatwo jest wsiąść w samolot, polecieć na drugi koniec świata i pławić się w luksusach… A odkryć coś nowego? To dopiero jest coś pięknego.

A czy pamięta Pan jakieś najbardziej skomplikowane danie, które Pan przygotował?

Nie, bo było ich wiele. Na co dzień nie mamy czasu na gotowanie skomplikowanych dań, które wymagają siedzenia przez 5 godzin w kuchni. Takie rzeczy robi się raczej na wielkie okazje jak Wielkanoc czy Boże Narodzenie. Na przykład w programie muszę korzystać z warunków polowych, więc robię przepisy łatwe do zrobienia, które nie wymagają ślęczenia za garnkami przez kilka godzin. Mam jedną kuchenkę, czasami dwie, wiatr wieje, śnieg pada lub słońce świeci, więc muszę to zrobić szybko.

Czy ma Pan jakieś popisowe danie?

Nie. To się często zmienia. Bardzo lubię kuchnię tajską i Tajlandia to jedyne miejsce na świecie, gdzie chodziłem do szkoły gastronomicznej, więc potrafię gotować po tajsku. Jest to bardzo szybka kuchnia, niezwykle efektowna, więc jeśli miałbym komuś zaimponować to na pewno tym.

Długo był Pan w tej szkole?

Tydzień. Po tym tygodniu miałem egzamin i musiałem ugotować 20 potraw pod okiem szefa kuchni.

Co Pan sądzi na temat polskiej gastronomii i jej rozwoju na przełomie ostatnich lat? 

Polska gastronomia zdecydowanie zmienia się na korzyść. „Do władzy” doszło nowe pokolenie, które zostało wychowane w kraju bez granic, w Europie zjednoczonej. Są to ludzie, dla których kuchnia hinduska czy wietnamska jest codziennością, bo w każdym większym mieście w Polsce można je znaleźć. Młodzi ludzie nie mają kompleksów, ponadto coraz więcej uwagi poświęcamy jakości produktów, co bardzo mnie cieszy.

A czy jest coś, co doradziłby Pan osobom, które chciałyby związać swoją przyszłość z dziennikarstwem kulinarnym? Ja zdecydowanie jestem w gronie tych osób. (śmiech)

Przede wszystkim ciekawość i dostosowywanie się do lokalnych zwyczajów. Jeśli jest się nad Morzem Śródziemnym i poprosi się o herbatę, to gospodarze natychmiast wzywają pogotowie, bo myślą, że ktoś jest umierający. Tam się nie pija herbaty – tam pija się kawę. Nie wolno przenosić własnych smaków. Trzeba być otwartym na nowe, bo inaczej niczego się nie zrozumie i niczego nie pozna.

18945073_1537409142938449_1816725839_n-2

r.maklowicz_autorka_agnieszka_maklowicz

fot. polin.pl

4 Comment

  1. Monika says: Odpowiedz

    Świetny człowiek z ogromną wiedzą i świetny wywiad 🙂

    1. Cieszę się, że się podoba! 🙂

  2. Artur says: Odpowiedz

    Bardzo interesujący wywiad Pani Magdo.
    Widać, że zna się Pani na rzeczy i stale się rozwija.
    Czekam na kolejne nowości na Pani fantastycznej stronie i pozdrawiam.

    1. Bardzo dziękuję Panie Arturze!

Dodaj komentarz